Zdarzyło się w Mosinie - 104 lata temu...

 JACEK SZESZUŁA

 

 

Początek XX w. był pasmem wielu szykan i uciążliwości dla Polaków zaboru pruskiego. Administracja niemiecka walczyła z wszelkimi przejawami polskości - rugowano Polaków z samorządów miejskich, szykanowano i utrudniano organizowanie zgromadzeń, utrudniano kolportaż prasy polskiej, usunięto j. polski ze szkół (pozostała tylko nauka religii), zakazano stawiania nowych budynków oraz parcelacji ziemi…

 

Polską odpowiedzią była m.in. szeroko pojęta praca organiczna i walka o utrzymanie tożsamości narodowej i języka polskiego. Służyły temu różne działania jak spotkania z posłami polskimi parlamentu w Berlinie. Takie spotkanie z polskim posłem Alfredem Chłapowskim z Bonikowa k. Kościana, miało miejsce 4 listopada 1906 r. w Mosinie.

A zakończyło się ono nieprzewidzianymi „zajściami”, a kilka ich pikantnych szczegółów opisuje sekretarz policji królewskiej w Poznaniu Günter w prezentowanym dziś „Sprawozdaniu z zajść, które wydarzyły się w dniu 4 bieżącego miesiąca, w godzinach popołudniowych, z okazji polskiego spotkania wyborczego, zwołanego do Mosiny”.

Dokument zachował się w języku oryginalnym, a na język polski przetłumaczył go Jacek Murkowski, za co składam mu serdeczne podziękowanie.

O ciekawych wydarzeniach tego dnia, wspomina też Fryderyk Goentzen w publikacji „Zachodnie ziemie polskie”, gdzie pisze też o strajku szkolnym „w miasteczku Mosina”, o czym nie wspomniał nawet sekretarz Günter.

„Ojcowie katowanych dzieci – pisze Goetzen – zażądali wyjaśnień od nauczycieli winnych bicia, bili ich na ulicy, a  nawet były wypadki postrzelenia ich śrutem. Budynki szkolne demolowano kamieniami, do mieszkań nauczycieli nocą wrzucano przez okna kamienie tak, że bojaźliwi nauczyciele, którzy jedynie wobec dzieci szkolnych okazywali odwagę, wymykali się na ulicę tylko uzbrojeni  pistolety. Ale niektórzy bali się nawet dzieci, tak np. jeden z nauczycieli zabrał się dopiero przy pomocy dwóch dorosłych ludzi do bicia czternastoletniego chłopca, ponieważ ten miał schowany w spodniach nóż rzeźnicki”.

Drastyczność przedstawionych przez tego autora wydarzeń nakazuje poważnie zastanowić się, czy takowe miały jednak miejsce. Stąd apel do Szanownych Czytelników o podzielenie się z redakcją informacjami, czy zachowały się jakieś przekazy rodzinne o tamtych zajściach. Tymczasem odsyłam do lektury  

Wspomnianego wcześniej sprawozdania sekretarza policji królewskiej o zajściach w Mosinie, 4 listopada 1906 r.

 

Sprawozdanie Güntera

 

Już po godzinie 2 po południu w szynku Jaskulskiej w Mosinie [przyp. autor: obecnie dom przy pl. 20 Października 28] zebrała się większa liczba osób, które chciały uczestniczyć w zebraniu, zgłoszonym na godzinę 3. Pan miejscowy administrator policyjny przesłał już wcześniej właścicielce lokalu pisemną dyspozycję, że zebranie nie może się odbyć, ponieważ jej lokal nie odpowiada wymogom policyjnym. Te kilka osób, które wbrew ww. komunikatowi udały się do sali, zostały na polecenie niżej podpisanego usunięte przez sierżanta miejskiego, ponadto zapobiegłem dalszym zebraniom,  stawiając urzędnika miejskiego na podeście schodów. Około godz. 3 przybył generalny pełnomocnik Szubert z Rogalina, który zwołał to zebranie, jednocześnie z posłem von Chłapowskim – Bonikowo, który towarzystwie większej liczby osób nadszedł pieszo od dworca. Wachmistrz żandarmerii Carstel wręczył natychmiast Szubertowi, zwołującemu to zebranie, rozporządzenie miejscowego urzędu policyjnego o zakazie odbycia tego zebrania. Następnie starszy wachmistrz  Pernack ze Śremu, powołując się na zakaz zgromadzeń, zażądał donośnym głosem od ludzi, którzy się w międzyczasie zebrali przed lokalem Jaskulskiej, aby się rozproszyli. Ludzie stosowali się do tego opornie i pozostawali w pobliżu, na rynku i  przyległych uliczkach. Szubert pojechał z posłem von Chłapowskim do miejscowego administratora policyjnego, prawdopodobnie po to, żeby uzyskać u niego anulowanie zakazu zgromadzeń. W międzyczasie stanąłem w towarzystwie starszego wachmistrza na środku jezdni i głośno krzyknąłem do zebranych, którzy nie chcieli ustąpić, że powinni pomyśleć o tym, że stawianie oporu władzy państwowej jest karane więzieniem i że powinni się natychmiast z tego miejsca oddalić. Duża część tych ludzi zamierzała po moim wezwaniu to zrobić. Ale w tym czasie wrócił von Chłapowski,  w otoczeniu swoich ludzi, nie załatwiwszy niczego. Wtedy tłum, który się ponownie zbiegł zobaczywszy powóz, zaczął wznosić okrzyki.

Von Chłapowski i proboszcz Wiśniewski z Emchen próbowali przemówić do ludzi na ulicy, by – jak podali – uspokoić nastroje. Starszy wachmistrz Pernak zakazał wygłaszania przemówień i nakazał im, żeby się oddalili i następnie wezwał von Chłapowskiego, który się nie zastosował do jego polecenia, żeby podał swoje nazwisko. Chłapowski przystał na to, po początkowym wzbranianiu się, wprawdzie nie podał nazwiska, ale wpisał je do notesu starszego wachmistrza. Gdy Chłapowski się nie oddalił mimo, że usłyszał taki nakaz, zwróciłem się, stojąc obok starszego wachmistrza, także i ja do niego i zwróciłem mu uwagę, że nie powinien tu wygłaszać żadnych mów, lecz winien zastosować się do poleceń urzędnika państwowego i opuścić to miejsce. Von Chłapowski zapytał mnie, czy wiem, kim jest i że mama się wylegitymować. Ja odpowiedziałem, że teraz nie czas pytać o moją legitymację i że ma się oddalić, jak mu nakazano. „Tak! Mam tego dosyć! Ja jestem posłem do parlamentu Rzeszy (Reichstagu). „A ja jestem wysłannikiem prezydium Policji z Poznania” – odpowiedziałem, przy czym poprosiłem starszego wachmistrza, żeby to potwierdził. Podczas tej sceny napłynęło ze wszystkich stron tyle ludzi, mężczyzn, kobiet i dzieci, że  żandarmeria była wobec tego najścia chwilowo bezsilna. Ponowne pojawienie się posła von Chłapowskiego i jego otoczenia  oraz scena wywołana przez niego, spowodowała wg zgodnego stwierdzenia urzędników ponowne zbiegowisko i wzburzenie nastroju ciżby. Poświadczyło to dwóch niemieckich pomocników pocztowych, podanych na końcu sprawozdania jako świadkowie oraz żona wachmistrza żandarmerii Carstela, która przyglądała się temu zajściu z domu położonego naprzeciwko.

Należało teraz przystąpić do usunięcia zbiegowiska sprzed lokalu Jaskulskiej, które liczyło już kilkaset osób. Sześciu urzędników egzekutywy – 5 żandarmów i sierżant policji Mayer z Mosiny – napotkali na silny opór. W miejscu, gdzie dwie ulice dochodzą do rynku, zebrali się wszędzie ludzie, którzy ciągle napierali od strony rynku głośno krzycząc i złorzecząc, jak tylko urzędnicy zepchnęli tłum na drugą stronę, albo gdy zatrzymali jakiegoś krnąbrnego uczestnika zbiegowiska. Ponieważ tłum nie chciał się rozejść, mimo wielokrotnie powtarzanego wezwania, trzeba było odnotować dane wielu osób, aby je ukarać, wielu nawet zatrzymała policja, ponieważ stawiali zacięty opór wezwaniom urzędników państwowych, albo gdy nie można było na miejscu ustalić z absolutną pewnością ich tożsamości.

Zatrzymane osoby to: 1) Andreas Kordylewski, murarz z Mosiny; 2) Andreas Szmytka, robotnik z Mosiny; 3) Andreas Zakrzewski, robotnik z Pożegowa; 4) Michael Dolniak, robotnik folwarku Pożegowo…  

Gdy został zatrzymany Szmytka, zbita ciżba ludzka naparła głośno krzycząc na wachmistrza żandarmerii Reiche, który dokonał zatrzymania i próbowała uwolnić więźnia. Przy tym Zakrzewski zaszedł ww. urzędnika od tyłu i dopuścił się w stosunku do niego rękoczynów. Pozostały motłoch też chciał się rzucić na urzędników państwowych tak, że starszy wachmistrz Pernak i wachmistrz Schmirtz pospieszyli na pomoc kolegom i dobywszy broni, trzymali napierający tłum na dystans. Szmytka się silnie opierał aresztowaniu, więc trzeba go było zamknąć. Powiedział przy tym do żandarma Reiche: „Ty przeklęty łajdaku!”. Kordylewski z kolei, jak sam słyszałem, zagrzewał ludzi do oporu przeciwko władzy państwowej słowami: „wszyscy się boicie żandarmów. Sracie w spodnie ze strachu. Ja się nie boję żandarmów. Wezmę ich pod obcasy”. Inny, kowal Simon Matuszak z Budsinia krzyczał, co też słyszałem, do stojących wokół ludzi: „Nie pozwólcie, żeby was żandarmi popychali albo łapali”. Robotnik Johan Ławniczak z Mosiny wołał: „Niech policja zobaczy, że ulica jest czysta. Spójrzcie na ulicę, że jest czysta. Fuj, z taką policją (tu mówca splunął). Policja może mnie w d… pocałować”.

Robotnik Michael Dolniak, ww. pod punktem 4, wołał do zgromadzonych, gdy żandarmi zaczęli ich rozpędzać: „Nie bójcie się! Chodźcie tu, tu się wszyscy ustawcie!”. W czasie gdy Dolniak mówił te słowa, stał przed lokalem zebrania. Świadek: żona wachmistrza Carstela.”. Następnie niżej wymienionej osoby nie oddaliły się, nawet wtedy, gdy wezwania do odejścia skierowano personalnie do każdego z nich z osobna:

1)Szewc Peter Taczak z Mosiny (świadek: straszy wachmistrz). Taczak wołał do ludzi stojących wokół: „Ludzie, teraz widzicie, co się z wami robi!” (świadek: żona wachmistrza żandarmerii Carstela z Mosiny); 2) Robotnik Josef Taczak z Mosiny (świadkowie: ja i sierżant policji Mayer); 3) Stolarz Wenzel Roszkiewicz – Mosina (świadek: wachmistrz Reiche); Robotnik Martin Skrzypczak z Pożegowa. Wołał dzieci, których sierżant policji Mayer wezwał do rozejścia się: „Nie słuchajcie go! Nie słuchajcie!”; 5) Robotnik Franz Gorczyński. Przyszedł na rynek z butelką w ręce, podpity, ale najwidoczniej świadomy sowich czynów i kilka razy głośno zawołał: „Jeszcze Polska nie zginęła! Polska będzie! Polska być musi! (świadkowie: ja, sierżant policji Mayer i wachmistrz żandarmerii Thurmann). Gorczyński biegł za mną jakiś czas na rynku z butelką w ręku i usiłował ze mnie drwić, zagadując do mnie i przepijając. Trzeba go było zatrzymać, ponieważ ciągle wszczynał burdy na rynku w pobliżu lokalu wyborczego, wywoływał zbiegowisko i nie zastosował się do wielokrotne ponawianego wezwania do odejścia. Stawił przy tym energicznie opór, także do jego odprowadzenia trzeba było czterech ludzi, którzy w końcu użyli siły; 6) Mistrz stolarski Wenzel Roszkiewicz z Mosiny (świadek: wachmistrz żandarmerii Wache i …). Roszkiewicz, którego kilkakrotnie na próżno wzywano do odejścia, wołał do Reiche: „Niech Pan zapisze! Idę!” Po czym uszedł kilka kroków i znowu stawał; 7) Mistrz stolarski Franz Jakubowski z Mosiny. Szedł kilka kroków za urzędnikami i wołał do ludzi: „Nie dajcie Polaka! Nie pozwólcie Polakowi nic zrobić!”; Robotnik Michael Baksalara. Szedł za urzędnikami, jak aresztowali Gorczyńskiego i wołał ciągle do ludzi, którzy się wokół nich tłoczyli: „Nie daj się! Psia krew!”. Przy tym napierał stale na urzędników Thurmanna i Reiche, prowadzących więźniów i próbował uwolnić więźnia  tak, że wachmistrz i sierżant policji Mayer musieli między nich wkroczyć, aby mu przeszkodzić. Podczas odprowadzania więźniów rzucono w kierunku urzędników dwa kamienie, które przeleciały tuż obok nich.

Świadkami zbiegowiska, jego powstania i pełnej taktu i rozwagi interwencji organów egzekutywy było m.in. 2 Niemców, tj. pełnomocnik pocztowy Ernst Pohl z Mosiny i Kurt Reinhold z Poznania.

Pan burmistrz Koichel powiedział mi też, że na jego służącą Marię Dworkowską, jacyś przechodnie, których nie znała, wołali o zmroku: „Ona też jest Niemką! Nie jesteś Polką! Ty małpo!”. Potem wołali za nią: „Niech no tylko przyjdzie tu burmistrz! Zabijemy go! Nie wróci żywy do domu!”. Służąca słyszała jeszcze, jak wołali na miejscowego proboszcza Kalkowskiego, który próbował uciszyć ludzi: „Nie jesteś wcale Polakiem! Nie jesteś proboszczem! Świnia!”.

Dopiero ok. 8 godziny wieczorem, przywrócono w mieście jako taki spokój, ale ludzie chodzili jeszcze dłuższy czas w stanie wzburzenia po ulicach tak, że żandarmeria musiała przez noc pozostać na miejscu wydarzeń. W obliczu tej sytuacji, ja też odroczyłem odjazd,  w przekonaniu, że moja obecność na miejscu może być jeszcze niezbędna, do pociągu odchodzącego do Poznania o godz. 11.44 w nocy.

Ok. godz. 10 obszedłem jeszcze raz miasto w patrolu z żandarmem i stwierdziłem, że wszędzie panuje spokój.

 

Podpisał: Günther – Sekretarz policji      

      

*

 

Chłapowski Alfred, Stefan, Franciszek (1974-1940) , ur. 5 X 1874 w Bonikowie pow. Kościan, syn Stefana i Marii Bonikowskiej. Doktor nauk ekonomicznych. W latach 1904-09 polski poseł do parlamentu niemieckiego w Berlinie, wybrany z okręgu wyborczego śremsko-średzkiego. W 1918 r. delegat na Sejm Dzielnicowy w Poznaniu i jednocześnie obwodowy Komendant Straży Ludowej. W okresie międzywojennym poseł na Sejm, minister, ambasador, działacz społeczny i gospodarczy w zakresie produkcji rolnej i bankowości. Aresztowany prze hitlerowców na początku II wojny światowej, więziony w szpitalu w Kościanie. Tam zmarł w 1940 r.

 

Fot. Pocztówka: z archiwum Wojciecha Szlagowskiego, A. Chłapowski: www.staff.amu.edu.pl

Mosina z początku XX wieku na pocztówce – ze zbiorów Izby Muzealnej.

 

Komentarze
Treść komentarza:
Podpis:
Dodaj komentarz
Wyszukiwarka
Powstańcy z Mosiny i okolic
Powstańcy z Mosiny i okolic
Partnerzy
Powstanie Warszawskie  I
Powstanie Warszawskie I