Wspomnienie Bożeny Jakś

BOŻENA JAKŚ*

 

 

Aura mojego 40-lecia w Mosinie

 

Było to chyba 26 lub 27 stycznia pamiętnego roku 1945. Przyniosłam do domu gazetę, chyba Goniec Krakowski, a tam tłustym drukiem napisane: „Mosina szturmem wzięta”. A w Mosinie najbliżsi, ci co zostali, do których tęskniliśmy. Zbieramy się szybko i bez żadnego planu pociągiem ruszającym na północ jedziemy.

 

Wszędzie zimno i brudno. Jedziemy wolno przez księżycowy krajobraz zniszczonego wojną kraju. Pociąg wciąż się zatrzymuje, wciąż trzeba coś naprawiać, przesiadać się i znów kawałek dalej, jak do ziemi obiecanej do Mosiny. Jechaliśmy około 10 dni z Krakowa przez Śrem do Mosiny, z całym ocalałym dobytkiem, który mieścił się w naszych rękach.
Był chyba Koniec marca. Do dziś pamiętam, że w chwili, kiedy wysiadłam z pociągu…wybuchła wiosna. Słońce świeciło tak jasno, ziemia pachniała, niebo wyglądało, jakby je ktoś wypolerował. Oddychałam głęboko aromatycznym powietrzem. Za mną zostały: smutek, żal i ból, cała przeszłość piękna, pełna miłości tych najbliższych i ta okrutna, rozpacz po stracie matki, to okropne zimno wojennych zim, ten cały zniszczony kraj, który po drodze mijałam. Babcia powitała nas kozim mlekiem i wszystkim co najlepsze. Był spokój i cisza – tak pamiętam te dni. Wysiadywałam na słońcu gojąc odmrożone ręce i nogi, opatrując pełne owrzodzeń ciało, wyczesując wszy. I było mi dobrze – zaczynało się nowe życie.
Wielkanoc – szynka, placek z kruszonką i cały czas ciepło, słonecznie i radośnie. Idę do szkoły. Znalazłam się  w 4- tej klasie. Jak miło, jak dobrze. Wszyscy jesteśmy równi. Piszemy na czym kto może. Wszyscy się cieszymy, nikt nie wraca do przeszłości. Była ona dla wielu bardzo przykra. Dla tych, co wrócili z obozu koncentracyjnego dla dzieci w Łodzi, dla tych, którym wojna zabrała najbliższych, dla tych, co zabrała dom i mienie. Razem z nami są Oni – nauczyciele. Organizują pracę w szkole, jak mogą. Ustawiają meble, przynoszą książki i uczą – polskiego mówienia i pisania, recytowania i śpiewania. Są serdeczni, bliscy, a zarazem tacy godni szacunku. Nie było chyba wtedy żadnych programów, a Oni tyle nam dali. Dali nam tą rzetelną wiedzę i wychowanie, i przykład. Moją wychowawczynią była pani Bogumiła Mayerówna. To ona nauczyła mnie kochać książki i język ojczysty. Przyniosła na lekcję „W pustyni i w puszczy” – i przeczytała kawałek. Czytaliśmy tę książkę wszyscy na wyścigi, a potem następne. Ona i jej książki, bo zorganizowała i pracowała potem w Miejskiej Bibliotece Publicznej, zostały moimi przyjaciółmi. Gdy jestem na cmentarzu, odwiedzam jej mogiłę, a ze zbiorów biblioteki mosińskiej korzystam do dzisiaj. Żadne inne doświadczenie fizyczne nie utkwiło mi tak w pamięci, jak to, które demonstrował pan Kazimierz Myszkier. Nie wiem skąd on miał to szkło laboratoryjne, te palniki… - dotyczyło rozszerzalności gazów – prawo Boyle’a Mariotta. W tym trudnym okresie od 6-tej klasy uczyliśmy się również języka angielskiego.
Przyroda cały czas zaskakuje swoją wspaniałością. Jest wciąż ciepło i jasno. Ten czas kojarzy mi się z nieustającą pogoda. Czasem przez Mosinę wojsko rosyjskie, albo polskie i wtedy witamy ich kwiatami, a na rynku koło pomp Heniu Lipiak w mundurze WP uszyty przez jego ojca krawca, mówi wiersz. Jest mały i drobny i tak przejęty, tak ważny… - a my mu zazdrościmy. Pierwszy spacer do lasu, do Osowej Góry. Jezioro Góreckie zaścielone ogłuszonymi rybami i zdewastowany pałac Greisera przypomina, że w tym pięknym zakątku wojna pozostawiła swoje żniwo.
Obok naszych dziecięcych spraw istnieje świat dorosłych. W społeczeństwie panuje entuzjazm. Każdy daje z siebie co może. Są wszyscy dla wszystkich. Działacze partyjni skromni, skupieni, zdający sobie sprawę może to Oni mają w ręku tą atutową kartę.
Dentystka pani Janina Murkowska przegląda wszystkim dzieciom uzębienie i leczy. Odbywa się to w maleńkim lokalu przy ul. Armii Czerwonej, róg Kościelnej. Pogoda jest śliczna, dzieci radosne, a pani Murkowska taka pogodna, nie okazująca ani zmęczenia, ani zdenerwowania. Jej mąż Walenty – lekarz – jest też w centrum. Pamiętam, ze gdy zachorowałam na dyfteryt, osobiście wykonał zastrzyk, bo kto traciłby czas na szukanie pielęgniarki.
W szkole jest chór prowadzony przez panią Wowkun. Śpiewamy na głosy. Lekcje są bardzo męczące, bo nauczycielka jest wymagająca. Śpiewamy w kościele na mszy św. Jest to liturgia mszalna po łacinie, pieśni maryjne lub najbardziej przez nas ulubione kolędy. Nadchodzi Dzień Matki – 46 r. Zbieramy masę kwiatów polnych, leśnych – niezapominajki, stokrotki, konwalie. Bukiety układamy w dużym koszu od bielizny. Zaproszone mamy siedzą w sali obecnego kina. My na scenie przedstawiamy nasz program: chór, deklamacje, menuet tańczony przez dziewczynki w strojach wyczarowanych z zasłon, firan, kap, w perukach wykonanych z waty przez panie Mayerówne. Prawdziwa gala. A na koniec każda mama otrzymuje bukiecik kwiatów z kosza.
Nie byłam harcerką, ale harcerstwo było. To się czuło. Wieczorne capstrzyki, ogniska i orkiestra, ta sama niezmienna do dziś, chyba staje się coraz lepsza.
Nie wiem czy ze słów, które rzucam na papier można odnaleźć nastrój tamtego czasu. Każdy chciał dać z siebie jak najwięcej, wszystko robić jak najlepiej, nie pytając za ile. Mieliśmy tak mało, a tyle jeszcze mogliśmy dać. W tych czasach zbudowaliśmy od podstaw kościół. Ksiądz zbierał fundusze różnymi sposobami. Organizował wenty, zbiórkę pieniędzy na tacę. Kto mógł, szedł osobiście pracować. Wystarczyły chęci, łopata i kielnia. Nie było wtedy ani dźwigów, ani betoniarek. Jak dobrze, że tak pospieszyliśmy się.
Jest coraz smutniej. Mosina już nie tonie w słońcu. Jest to moje autentyczne odczucie. Ludzie są pozbawiani pracy. Zatrudnieni na kierowniczych stanowiskach przestali chodzić do kościoła. Wciąż jakieś donosy, aresztowania. Jeszcze gorzej jest na wsiach. Namawianie do kolektywizacji, rozkułaczanie, więzienia za niewywiązywanie się z obowiązkowych dostaw, rekwirowanie ziarna i dobytku. Chodzę już do szkoły średniej. Nauka o Polsce i Świecie Współczesnym – tak nazywał się ten przedmiot – traktował naszą najnowszą historię jak historię jednej z republik ZSRR. Wychowana w domu pełnym autentycznego patriotyzmu, nie mogę się z tym pogodzić. Nie wspomniano nawet o Powstaniu Wielkopolskim – a przecież moi dziadkowie… Wojna obronna 1939 r. to pomyłka polityczna, a przecież mój ojciec jako ułan walczył w obronie Ojczyzny. W Mosinie nic się nie działo. „Cały Naród Budował Stolicę”, a małe miasta rozsypywały się. Wszystkich ogarnęła jakaś „beznadzieja”. I nastał rok 1956. Znów entuzjazm, „nie chcemy zwrotu pożyczki narodowej”. Znów jest lepiej, głębszy oddech. Jest lepiej z jedzeniem i z ubraniem. Ukazują się pierwsze telewizory. Lata płyną mi jak paciorki różańca, jedne po drugich. Jestem już żoną i matką. Dom – praca, praca – dom. Jest jeszcze biblioteka, czytam dużo, zachłannie. Prawdę o wielkiej Soc. Rewolucji muszę wypośrodkować z lektury Ossendowskiego i Historii WKPB. Od ciężkiej rzeczywistości uciekam w świat poezji. W tym czasie rozbudowuje się szkoła podstawowa i buduje dom kultury.
Rozpoczyna się okres sukcesu – lata siedemdziesiąte. O społeczeństwie mosińskim mówi się, że jest bierne, niezdolne do żadnego wysiłku społecznego czy pracy. I praktycznie tak jest. Każdy myśli tylko o sobie. Wystąpienia dygnitarzy partyjnych są pompatyczne, pełne sztampy. Są sami dla siebie. Często używają wulgarnych sformułowań. Można ich spotkać „pod muchą”. Prawie jawnie mówi się o łapownictwie. Wszystko jakoś się organizuje.
I tylko  kościele nowy proboszcz ks. Kaczmarek umie skonsolidować parafian. Świątynia piękniej – nowe ławki, organy, witraże. Staje się przytulnie i miło. Z ambony padają czasem takie słowa: „proszę na razie nie dawać większych ofiar bo funduszy mamy dosyć”. Ale w Kościele jest wciąż ta sama Ewangelia i obowiązuje 10 przykazań mojżeszowych.
Przychodzi kryzys lat 80 – tych. Z początku odczuwamy strajk stoczniowców, jak ożywczy wiatr z północy, potem potężnieje i burzą ogrania również nasze środowisko. Aktywnieją ci co spali. Nowe zastępy ludzi biorą się do pracy. Ja stoję z boku i widzę, że jak każdy rewolucyjny zryw to się szybko skończy. Wejdą do szeregów „Solidarności” pseudo działacze, wejdą ci, co rozłożą ten ruch od wewnątrz lub cwaniacy, którzy w każdej sytuacji, przy obojętnie jakim ogniu „swoją pieczeń pragną upiec”.
Stoimy na pogorzelisku. Kryzys ekonomiczny to pół biedy. Kraj mamy bogaty i piękny. Widziałam jak z większej biedy można się podźwignąć i ile to daje satysfakcji. Najgorzej jest z kryzysem moralnym, z tym spustoszeniem ludzkich dusz. Może właśnie te trudności pozwolą się niejednym odnaleźć. Mamy wspaniałą młodzież nie zepsutą – zresztą młodość jest zawsze najpiękniejsza.
Czterdzieści lat to szmat czasu. Cały czas byłam wierna Mosinie. Nawet po kilku dnia urlopu wracałam zawsze stęskniona. Mosinianka z wyboru, nie z urodzenia – chociaż moi przodkowie po kądzieli wywodzą się stad od niepamiętnych czasów – ukochałam to miejsce nad wszystkie inne. Te parę lat życia, co mi jeszcze pozostało, pragnę spędzić wśród morenowych wzgórz, sosnowych lasów i spokojnych, czystych jezior. Bo jest mi tutaj dobrze, bo to jest moje miejsce na ziemi.

....................................................................... 

 * W roku 1984, z okazji zbliżającej się 40. rocznicy wyzwolenia Mosiny, Mosińska Biblioteka Publiczna ogłosiła literacki konkurs dla mieszkańców na wspomnienia. I miejsce w tym konkursie, zdobył publikowany dzisiaj tekst autorstwa nieżyjącej od ponad 10-ciu lat Bożeny Jakś.

Bożena Jakś z domu Matuszak, rodzinnymi korzeniami od zawsze związana była z Mosiną. Przed wojną , wraz z rodzicami mieszkała w Pniewach. Na początku okupacji hitlerowskiej, rodzinę wysiedlono do Generalnej Guberni, do Krakowa. Tam straciła matkę. Po powrocie do rodzinnego miasta Mosiny, włączyła się w życie codzienne społeczności lokalnej.Znał ją niejeden tutejszy mieszkaniec – była osobą niezwykle otwartą i życzliwą dla ludzi, niezależnie gdzie pracowała. Z wykształcenia humanistka, z zawodu ekonomistka, pasjonowała się książka, otaczającą przyroda i pracą społeczną. Jako wielbicielka literatury, szczególnie umiłowała twórczość Adama Mickiewicza, któremu poświęcała swój wolny czas i urlopy, podróżując jego śladami po Wielkopolsce i Litwie. Swoją wiedzą i piękną polszczyzną, dzieliła się ze słuchaczami na okolicznościowych spotkaniach literackich.   
Społecznikowską pasję kontynuowała w „Biuletynie Mosińskim”, który współredagowała od roku 1994 do końca życia.
Jednoznaczna w swoich sądach, w polemikach szanowała adwersarzy. Dla każdego miała dobre słowo. W roku 1998, została radną mosińskiej Rady Miejskiej III kadencji. Odeszła niespodziewanie…
Zginęła tragicznie w Poznaniu, w dniu 18 sierpnia 1999 r., zbierając materiały do wieczornicy, którą przygotowywała z okazji 150 rocznicy śmierci Juliusza Słowackiego. Pozostawiła po sobie pamięć współmieszkańców i wiele pięknych śladów, jak te wspomnienia, opublikowane w całości na łamach „Faktów” za zgodą jej męża, pana Tomasza Jaksia, któremu redakcja składa serdeczne podziękowania. 

 

OKRESY:

II wojna światowa

 

Komentarze
Treść komentarza:
Podpis:
Dodaj komentarz
Wyszukiwarka
Rozstrzelani na rynku z Mosinie
Rozstrzelani na rynku z Mosinie
Partnerzy
Bitwa nad Bzurą
Bitwa nad Bzurą