Obywatel Polak

JOANNA NOWACZYK

 

Albanetta – niewielki  płaskowyż w masywie Monte Cassino. W maju 1944 r., stanowiła silny punkt niemieckiej obrony. Zdobyta dopiero przez 6 Batalion Strzelców Karpackich, wspierany czołgami 4 Pułku Pancernego „Skorpion”.O tym natarciu Melchior Wańkowicz napisał: „Jest 4.30. Ledwo szarzeje (...).Widać jak załogi nakładają hełmy. W ciemności, w której rozmawiali szeptem, zaambalował czołg Maćkowiaka. Już ryczą motory całego plutonu ppor. Białkiewicza. Góry naokoło i zaczajeni po nich swoi i obcy wiedzą; rozpoczyna się dzień bitwy, 18 maja. Ruszył pluton. Przeszli garbek Gardzieli. Znikli za garbkiem, gdy nagle rozległ się huk eksplozji i blask wstał zza garbka. Skoczył patrzeć, kto żyw: idący w czole czołg Maćkowiaka wyleciał na minie i pali się. Kierowca porwał za gaśnicę i zgasił. Jadący z tyłu ppor. Białkiewicz, chcąc ominąć, zboczył z 7-metrowego pasa i również wpadł na minę. Albaneta się broni!?...”. Dowódcą czołgu, który jako pierwszy wjechał na minę, był starszy sierżant Piotr Maćkowiak. Żołnierz ten pochodził z Mosiny.      

 

Dom przy Lipowej

Urodził się 27 września 1913 r. w Recklinghausen w Niemczech, dokąd jego rodzice jeszcze w XIX w. wyjechali z Wielkopolski za pracą. W 1915 r. matka Marianna wróciła z dziećmi do Ojczyzny, do rodzinnego Wilanowa k. Kościana. Ojciec Walenty pozostał w Westfalii, gdzie pracował w kopalni. Chroniło go to przed wcieleniem do niemieckiej armii. Do rodziny mógł dojechać dopiero po wojnie i potem już razem, w 1921 r., osiedli w Mosinie na tzw. „Kolonii”. Tam brat Marianny kupił jeden z „bliźniaków” przy ul. Reymonta, a Maćkowiakowie zamieszkali razem z nim, zajmując piętro domu. Później, Walenty Maćkowiak sam kupił działkę przy ul. Lipowej – dziś Mickiewicza – i wybudował tam własny dom.

W Mosinie Piotr Maćkowiak ukończył szkołę powszechną. Potem w Poznaniu uczył się za ślusarza i w 1932 r. uzyskał tytuł czeladnika. Jako pracę dyplomową, wykonał metalowa, nitowaną wycieraczkę z siatki w kształcie trapezów. Ojciec Walenty położył ją potem przed domową werandą, żeby służyła rodzinie…

W wieku poborowym, Piotr powołany do Wojska Polskiego trafił do garnizonu w Grodnie. W wojsku pozostał, pełniąc dalej służbę zawodową w randze podoficera. Kiedy wybuchła wojna, otrzymał wojskowy przydział do ochrony polskiego rządu.

 

15 lat łagrów

Kampanię wrześniową zakończył przekraczając granicę z Rumunią i został internowany na Węgrzech. Z obozu napisał: „Kochani rodzice, Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Piszę pocztówkę, nie wiem, czy otrzymacie. Jeśli tak, to proszę mi odpisać. Ja jestem zdrów i wszystkim wam w domu jak najlepszego życzę. Pozdrawiam wszystkich mile i serdecznie zapytuję o zdrowie wszystkich. Całuję rodziców, wasz syn kochający Piotr.”

W listopadzie 1939 r. zdecydował się wrócić pieszo do Mosiny. Gdy doszedł do Polski, padał już śnieg. Piotr wszedł na tereny zajęte przez Armię Czerwoną. Strasznie przemókł i w napotkanej. żydowskiej karczmie, chciał się osuszyć i coś zjeść. Musiał go ktoś zadenuncjować, bo przyszli po niego. Został aresztowany i przewieziony do Dniepropietrowska. Ze względu na miejsce urodzenia, Sowieci uznali go za niemieckiego obywatela i szpiega. Więzienie, przesłuchania, proces, wyrok – 15 lat łagrów! Wywieźli go nad rzekę Peczorę, która w ciągu roku zamarza na 8 miesięcy. W łagrze pracował przy budowie torów kolejowych. Panował tam głód i zmarzlina. Z powodu szkorbutu Piotr stracił zęby, stracił włosy…

 

Z Andersem pod Monte Cassino

22 czerwca 1941 r. siły zbrojne III Rzeszy wkroczyły do ZSRR. Po przywróceniu polsko-sowieckich stosunków dyplomatycznych układem Sikorski – Majski i po tzw. „amnestii” dla polskich więźniów i zesłańców, 14 sierpnia rozpoczęto formowanie Armii Polskiej w ZSRR. Dowództwo nad nią objął zwolniony z  Łubianki gen. Władysław Anders. Do tej armii trafił także Piotr Maćkowiak i z nią dotarł do Iraku.

Po sformowaniu 2 Korpusu Polskiego, znalazł się w szeregach 4 Pułku Pancernego „Skorpion”, 2 Warszawskiej Dywizji Pancernej. Najpierw szkolenie, umundurowanie, ćwiczenia. Z Iraku przez Palestynę trafił do Egiptu, skąd w grudniu 1943 r. przetransportowano go do Włoch. W maju 1944 r., w czwartej bitwie o przełamanie linii Gustawa, żołnierze Andersa zdobywali Monte Cassino. Zadaniem 4 Pułku Pancernego, było zlikwidowanie niemieckiej artylerii, a tego w warunkach górskich mogły dokonać tylko czołgi. Zgodnie z opisem Wańkowicza, czołg dowodzony przez Piotra wjechał na minę. Jednak załodze na szczęście nic się nie stało. Z uszkodzonego już pojazdu, st. sierż. Maćkowiak zniszczył aż 9 niemieckich stanowisk artyleryjskich i za ten czyn odznaczony został później Orderem Virtuti Militari. Potem, razem z 4 Pułkiem, wziął udział w kolejnej bitwie kampanii włoskiej – w bitwie o Ankonę. I tam został ranny...

 

Żołnierski los

Marian Wilczak jest wnukiem Marianny Maćkowiak i siostrzeńcem jej syna Piotra. Rodzinne koleje losów sprawiły, że przejął on „schedę” po babci i mieszka dziś, razem ze swoją rodziną, w jej domu przy dawnej Lipowej. Mówi, że tu jest rodzinne gniazdo i tu pozostały rodzinne pamiątki. Do tego właśnie domu powracał myślami i w rzeczywistości Piotr Maćkowiak.

Pan Marian utrzymywał bliski kontakt ze swoim wujem do końca jego życia, choć dzielił ich cały ocean. Po skończonej wojnie Piotr Maćkowiak wyjechał do Argentyny.

 – Po bitwie pod Ankoną, gdzie został ranny, trafił do szpitala, a potem na rekonwalescencję do włoskiej rodzinny w miejscowości Potenza Picena. W rodzinie tej była dziewczyna, która uczyła go języka włoskiego. To była jego przyszła żona, Maria Romagnoli – Marian Wilczak opowiada o dalszych losach wuja Piotra.

W 1947 r., 2 Korpus Polski został rozwiązany. Część żołnierzy zaczęła powracać do kraju, jednak wielu zdecydowało się na emigrację. – Wujek bardzo tęsknił, za rodziną, za Polską. Pisał z Włoch listy do babci, nie wiedział co robić...On przecież miał wyrok sowieckiego sądu i bał się, że będzie musiał odsiedzieć go do końca. Dlatego nie wrócił – relacjonuje dalej.

Po ślubie Piotr nie chciał jednak zostać we Włoszech, gdzie nie tak dawno rozgrywał się wojenny teatr. Nie chciał też zamieszkać w Anglii, bo Anglicy, jak słyszał, nie za dobrze przyjmowali Polaków. Zdecydował się wyjechać do Argentyny, gdzie z żoną mieli „metę” u jej rodziny, która tam już mieszkała. – Ostatecznie osiedlili się w mieście Rosario, gdzie wujek prowadził swój warsztat – produkował części do zegarków. Miasto to wybrał, bo było tam duże skupisko polonii... 

 

Obywatel Polak

Do Argentyny st. sierż. Maćkowiak wjechał ze szwajcarskim paszportem, bez obywatelstwa. Polskie obywatelstwo po wojnie odebrała władza ludowa – jemu, jak i innym Polakom walczącym na zachodnim froncie, którzy nie chcieli powrócić do Polski. W Argentynie z kolei, obywatelstwo jest przypisane do miejsca urodzenia, więc jak na ironię, tam znowu wzięto go za obywatela niemieckiego. A przecież był Polakiem!

Już w latach 60. starał się o przywrócenie swojego prawdziwego obywatelstwa – bezskutecznie. Jednocześnie aktywnie działał w środowisku polonijnym w Rosario. Przewodniczył tam nawet Związkowi Polaków.– On cały czas walczył z polską ambasadą, żeby mieć polskie obywatelstwo – opowiada Marian Wilczak. – Dopiero w roku 2002 to obywatelstwo urzędowo mu przywrócono. Cały czas miał kontakty z Polską. Korespondował z rodziną, z kumplami. W Opolu jest takie stowarzyszenie „Pancerny Skorpion”, do którego się zapisał i utrzymywał z nim kontakty. W 2011 roku mówił mi, że żyje ich jeszcze – żołnierzy z 4 Pułku – tylko pięciu.           

Polskę Piotr Maćkowiak odwiedził po wojnie dwa razy. Pierwszy raz – w roku 1983 r., kiedy trwał tu stan wojenny. Pan Marian odebrał go z lotniska w Warszawie i przywiózł do Mosiny, gdzie jego wuj spędził 2 tygodnie. – Pamiętał wszystko sprzed wojny, szkołę przy Kościelnej, do której chodził. Poszliśmy na Osową Górę, nad Jezioro Budzyńskie. Minęło 50 lat, a on pamiętał cypel, gdzie zaczyna się jezioro i że rośnie tam kępka drzew, gdzie on, jako mały chłopiec pasł kozy. W latach 20. wszyscy mieli tu kozy...

Po raz drugi do Polski przyjechał w roku 1994. Wtedy po drodze odwiedził też Monte Cassino, w 50. rocznicę bitwy. – Trochę nas uprzedził i przyleciał do Polski wcześniej – mówi M. Wilczak- Tak tęsknił za Mosiną, że nie zdążyliśmy po niego przyjechać, bo on wziął z Warszawy taksówkę. Byliśmy z żoną i synami na Gliniankach. Wracamy do domu, a przed furtką – niespodziana! Opowiadaniom nie było końca...     

 

Co zostało

St. sierż. Maćkowiak doczekał się dwójki dzieci, trójki wnuków i pięciorga prawnuków, z których jeden ma na imię Valentino – po prapradziadku Walentym.

Piotr zmarł w Argentynie w wieku 97 lat, w roku 2011. – Wujek do końca życia interesował się Polską i bardzo ładnie pisał po polsku. Zachowałem wszystkie jego listy. Raz w miesiącu rozmawiałem z nim telefonicznie – wspomina pan Marian.   

Dwa lata po śmierci Piotra Maćkowiaka, jego córka Krystyna i syn Fabio przyjechali do Mosiny. Po drodze odwiedzili Monte Cassino, by wypełnić testament ojca i tam pochować jego prochy.

Krystyna i Fabio nie mówili nigdy po polsku. Teraz, gdy nie ma już taty, Fabio chce się nauczyć. Z Argentyny do Mosiny dalej dochodzą listy, ale pisane już ręką syna Piotra –żołnierza spod Monte Cassino. Fabio pisze je po polsku, z pomocą tłumacza internetowego, ręcznie, bardzo starannie. Chce znów tu przyjechać. Mosina i Polska bardzo mu się spodobały i nie przypuszczał, że ma tu aż tak liczną rodzinę.

Kiedy Piotr Maćkowiak, jeszcze przed wojną, pracował w warsztacie ślusarskim, wykonał 2 kandelabry do kościoła św. Marcina w Poznaniu. W czasie wojny Niemcy zabrali je do przetopienia na łuski. – Mój brat, architekt – mówi Marian Wilczak –projektuje dla różnych kościołów. Odnalazł książkę z ich zdjęciem. I wujek, mając 92 lata, z pamięci narysował, jak wyglądały. Była nawet taka inicjatywa, by te kandelabry zrekonstruować.

A przed domem przy dawnej Lipowej, wciąż leży „dyplomowa” wycieraczka świeżo upieczonego czeladnika. – W czasie wojny, okupanci przenieśli dziadka z całą rodziną na Czarnokurz, a w jego domu zamieszkał Niemiec. On też korzystał z tej wycieraczki i po wojnie ją zostawił – opowiada siostrzeniec Piotra Maćkowiaka.– Jak dwa lata temu przyjechali Fabio z Krystyną, porobili zdjęcia, bo nie wierzyli, że to tyle lat po ojcu przetrwało i jest do dzisiaj.  Ot, taka mały przedmiot, który łączy przeszłość z teraźniejszością.       

Komentarze
Treść komentarza:
Podpis:
Dodaj komentarz
Wyszukiwarka
Generał Roman Abraham – portret dowódcy
Generał Roman Abraham – portret dowódcy
Partnerzy
40:1 - Bitwa pod Wizną
40:1 - Bitwa pod Wizną