Nauczyciel z fotografii

 JOANNA NOWACZYK

 

 

 

 

Na starej fotografii z lat 30., młody mężczyzna spokojnym wzrokiem patrzy przed siebie. Uśmiecha się, by w tak pogodnej pozie zdążył uchwycić go obiektyw. Przed wojną był nauczycielem. W tragicznym dniu 20 października 1939 roku, hitlerowcy rozstrzelali go wraz z innymi zakładnikami na mosińskim rynku. – To właśnie mój ojciec – wyjaśnia Aldona Rybak, córka Alojzego Kujatha i zaraz dodaje, że funkcjonujący dotąd w Mosinie wizerunek taty, to zdjęcie jego kuzyna Adolfa. W historii jak widać zdarzają się pomyłki, a odkrywanie przeszłości co dzień przynosi kolejne niespodzianki…

 

 Nauczyciel

Gdzieś przy leśnej drodze do Nowinek, wzdłuż której rozciąga się najstarsza część wsi Żabinko, stoi wiekowy dom. Dziś to budynek prywatny, ale jeszcze w latach 70. mieściła się w nim szkoła. Na frontowej ścianie przy wejściu, widać jeszcze ślady po zdjętej przed laty tablicy. Tutaj, od 1932 r. do wybuchu II wojny światowej, uczył okoliczne dzieci i mieszkał razem z rodziną Alojzy Kujath. 20 października 1939 roku, hitlerowcy rozstrzelali go wraz z innymi zakładnikami na mosińskim rynku…
Najstarsi mieszkańcy Żabinka, pamiętają jeszcze swojego nauczyciela. – Nauczyciel to był bardzo dobry. Uczył mnie w I i II klasie – wspomina Zofia Dutkowska, która z chwilą wybuchu wojny miała 9 lat. – Był bardzo uprzejmy dla wszystkich, także dla żony i dla dzieci – dodaje. Pani Zofia często bywała w przyszkolnym mieszkaniu Kujathów, bawiła się z ich dziećmi, bo jej mama chodziła tam sprzątać. – Zawsze podał coś mamie do jedzenia, bo nas była czwórka dzieci, to też za wesoło nie było – opowiada moja rozmówczyni.
Zofia Dutkowska pamięta jak wybuchła wojna. Pamięta, bo była wtedy z mamą u Kujathów, że przyszedł jeden Niemiec, który mieszkał we wsi, jak przypomina sobie nazywał się „Szteler”. – Ten Niemiec ostrzegał, że będą rozstrzeliwać i żeby pan Kujath uciekał. A on mówi „Ja nie opuszczę swojej żony i dzieci!” – wspomina Z. Dutkowska. Jak stwierdza dalej, były to okropne chwile. – Wiedzieliśmy co się stanie, ale do końca wierzyliśmy, że jego to ominie – opowiada.
W dniu 20 października, ojciec pani Zofii, podobnie jak inni mężczyźni z okolicy, musiał się stawić na rynku w Mosinie, na godz. 16.00. Był to czas wykopek, więc reszta rodziny kopała ziemniaki na polu, gdy w pewnej chwili niebo zrobiło się całkiem czerwone. – Mama powiedziała wtedy: „Zobaczcie co się robi, chyba niebo się pali”, jakby znak przeznaczenia  –  wspomina pani Dutkowska. – Potem ojciec przyjechał i mówi, że krew się w Mosinie polała…    

Dwie fotografie
Po rozstrzelaniu Alojzego Kujatha, jego żona Jadwiga z dwójką ich dzieci, nie mieszkała już w Żabinku. Tragiczny los zgotował im tułaczkę po Poznaniu, gdzie osiedlili się w końcu na stałe. Przez okres wojny, urwały się kontakty z dalszą rodziną i znajomymi Kujathów z Mosiny. – Mój brat i mama już nie żyją – wyjaśnia Aldona Rybak, córka nauczyciela z Żabinka, która nasze miasto odwiedza co roku, by pomodlić się nad grobem ojca. Jeżeli nie częściej, jest tu zawsze 5 czerwca, w dniu taty i jej urodzin.
– Już przed laty zauważyłam w jakiejś publikacji tę pomyłkę ze zdjęciem, ale w Mosinie nie znam nikogo, nie mogłam znaleźć dojścia, żeby sprawę wyjaśnić – tłumaczy pani Aldona.
Funkcjonujący dotychczas fotograficzny wizerunek jednego z 15 rozstrzelanych na mosińskim rynku, przekazany został, prawdopodobnie przez kogoś z dalszej rodziny, do Izby Pamięci Narodowej w Szkole Podstawowej nr 2 w Mosinie, ze wskazaniem, że osoba na zdjęciu to Alojzy. I tak fotografia ta, jako wizerunek nauczyciela z Żabinka, trafiła wraz innymi zbiorami szkolnej Izby Pamięci do Izby Muzealnej i do różnych opracowań. – To zdjęcie kuzyna ojca, Adolfa Kujatha – stwierdza córka rozstrzelanego i rozkłada przed sobą plik starych fotografii, pokazując na nich Alojzego Kujatha. Patrząc na te fotografie zwracam uwagę, że kuzynowie Alojzy i Adolf byli jednak do siebie podobni, stąd mogła powstać pomyłka. – Jak ktoś ich nie znał, to może i tak – uważa pani Rybark. Przy oglądaniu rodzinnych zdjęć, wracają okruchy wspomnień, jakie prócz tych niewielu materialnych pamiątek zostały jej po ojcu, którego ledwo co znała.      

Pamięć dziecka
– Miałam wtedy trzy latka – zaczyna swoją opowieść Aldona Rybak, która pamięta, że przed rozstrzelaniem tata skądś wrócił. Zapewne brał udział w kampanii wrześniowej, ale córka nie wie gdzie był i w jakiej jednostce służył. Był podchorążym. W roku 1931 ukończył kurs baonu podchorążych rezerwy piechoty w Śremie, w I Kompanii Strzeleckiej…
– Taki był nauczyciel Liczbański, gdzieś tutaj w okolicy, kolega mojego taty – relacjonuje dalej moja rozmówczyni. – On przyszedł do ojca i mówił: „Uciekaj, bo nauczycieli aresztują”. Ale mój ojciec podobno powiedział: „Ja nie zrobiłem nikomu nic złego, ja mam uciekać, zostawić dom i pracę, małe dzieci?” No i został. Wiem to od mojej mamy, bo powtarzała stale: „Dlaczego nie posłuchał!” – dodaje pani Aldona. – Osobiście pamiętam, jak przyszedł Niemiec po mojego tatę – ja takie dziecko…. Do dziś widzę ten obraz ojca, jak opiera na czymś nogę, na jakimś taborecie, czyści buty przed wyjściem i wychodzi z tym Niemcem.
Aldona Rybak wie, że aresztowani przetrzymywani byli w mosińskiej bóżnicy.
– Myśmy z mamą raz tam były. Pozwolili ojcu stanąć w drzwiach, a on prosił o różaniec i książeczkę do nabożeństwa – córka rozstrzelanego przywołuje w pamięci obraz z dzieciństwa. – Jak poszłyśmy już zanieść, to nie wiem, ale widzę do dzisiaj sylwetkę i twarz ojca. Resztę znam tylko z opowiadań mamy, lub cioci i babci, która stale z nami mieszkała, ale za dużo to nie wiem – przyznaje.
To właśnie babcia opowiedziała jej, że gdy Alojzy Kujath siedział w bóżnicy, Niemcy wezwali jej mamę do magistratu. Babcia poradziła wówczas mamie, żeby nie szła sama, żeby wzięła ze sobą dzieci. Aldona Rybarczyk wie od babci, że w urzędzie była jakaś rozmowa po niemiecku i  że przyszedł niemiecki oficer. – Babcia stale mówiła, że całe szczęście, że mama jej posłuchała, że nas zabrała, bo chyba ten Niemiec miał też swoje dzieci i kazał mamę puścić. Nie wiadomo przecież, co by się z nią stało, gdyby poszła sama. „Pan Bóg mnie natchnął”, mówiła babcia…

 

Po egzekucji

20 października 1939 roku., ok. godz. 16.00 więźniów bóżnicy wyprowadzono na rynek. Na oczach mieszkańców, Alojzy Kujath, a z nim 14 innych polskich zakładników, został rozstrzelany przez niemiecki pluton egzekucyjny. Po egzekucji Jadwiga Kujath wraz dziećmi, musiała opuścić mieszkanie w Żabinku. Pani Aldona nie pamięta jakie okoliczności towarzyszyły temu zdarzeniu, w którego rezultacie rodzina Kujathów znalazła się w Poznaniu.
– W czasie całej okupacji mieliśmy 6 mieszkań, co jedno to gorsze – ja pamiętam, bo dla dziecka to była trauma. W baraku na Dolnej Wildzie na przykład był jedna sala, gdzie wszyscy spali, a jak deszcz padał, to każdy brał z łóżka takie wkłady i szukał miejsca, gdzie jest sucho, ale i to było dla nas za dobre – opisuje moja rozmówczyni. – Zostaliśmy przeniesieni na Winiary, do lepianki z kamienia i gliny.
Jak sobie przypomina pani Aldona, było tam okienko, takie szczelne, że jak wiatr, to gasła świeczka. Na suficie były grube, brązowo-czarne belki, a na podłodze glina. – Tam mieszkaliśmy – opowiada dalej – a  razem z nami, mojej mamy dwaj bracia, w jednym pokoiku. Gdy wujek chciał wstawić jakąś szafę, musiał zrobić wykop w tej glinie, żeby tę szafę częściowo wpuścić, bo tak było nisko. Taka była wojna – stwierdza na koniec pani Rybak. Po jej zakończeniu, wyszli ze schronu, jak mówi, z sankami i z ptaszkiem w klatce, bo wszystko im skradziono. Zamieszkali u kogoś, w meblowanym pokoju na Wildzie – mama, babcia i pani Aldona z bratem.
– Nie było się nawet w co przebrać. Jak babcia nam prała, to leżeliśmy w łóżku, a jak mam prała babci, to babcia leżała – wspomina moja rozmówczyni.
Dziś pani Aldona jest szczęśliwą babcią 4 wnuków i prababcią 3 prawnuków. Do Mosiny przywiozła upominek – ręcznie zdobiony talerz. Jak mi wyjaśnia, wykonała go techniką „decoupage”. To właśnie sztuki plastyczne zajmują jej teraz wolny czas. Choć życie nie oszczędziło jej cierpień – śmierć brata, mamy, potem męża i jej własna ciężka choroba –  stara się optymistycznie podchodzić do życia i dużo się uśmiechać – tak, jak jej tata, co widać na starych, rodzinnych fotografiach…

 Jaki był ojciec

Alojzy Kujath przyszedł na świat 5 czerwca 1910 r. w Żerkowie koło Jarocina. – Mój dziadek Władysław, ojciec ojca, urodził się w Żytomierzu, a babcia Leokadia w Brazylii. Dziadek był kierownikiem cegielni w Krotoszynie. Tam też mieszkali razem z tatą od roku 1923 – wyjaśnia moja rozmówczyni.
Niejaki ksiądz Stankowski z Krotoszyna napisał: „Alojzy Kujath jest bardzo dobrem i przykładnem chłopcem – cały dom – cała rodzina Kujathów jest bardzo religijna i patriotyczna.” Dokument opatrzony jest datą  3 czerwca roku 1929 … 
– Moja mama urodziła się w Borku. Rodzice poznali się, jak tata studiował w Poznaniu – relacjonuje dalej Aldona Rybak. W Żabinku pod Mosiną, Alojzy Kujath dostał pierwszą swoją pracę. – Mieszkaliśmy w szkole, tam urodziłam się ja i mój brat, a chrzczono nas w kościele w Żabnie – wspomina pani Aldona. – Mój ojciec co niedzielę, to wiem od mamy, grywał tam podczas mszy na organach – dodaje.
Aldona Rybak chyba po tacie właśnie odziedziczyła zainteresowanie muzyką, bo bardzo chciała iść do szkoły muzycznej. Ale mama się nie zgodziła. Powiedziała jej, że ojciec tak zawsze mówił: „Pamiętaj, jakby mnie zabrakło, żeby nasza córka tylko nie była artystką.”
– Nie wiem, może miał jakieś niedobre doświadczenia – zastanawia się moja rozmówczyni, która będąc już w wieku dorosłym, dopięła swego – ukończyła 5-letnią poznańską szkołę Kurpińskiego, kształcąc głos w klasie kontraltu. Chociaż nie wykorzystała go nigdy na wielkiej scenie, okazjonalne śpiewanie sprawiało jej zawsze dużo radości. A jaki był jej tata?
– Mama nie opowiadała dużo o ojcu, była dość skryta. Została przecież sama z dwójką dzieci, było jej ciężko – uważa dziś pani Aldona.  Za chwilę rozkłada zniszczoną już czasem pożółkłą kartkę, na  której poeta o pseudonimie „O” z Żabinka napisał miłosny wiersz do czarnowłosej „Jadzi”, opatrzony datą 5 XI 1932 roku. – To wiersz mojego ojca. Wszyscy mówili do niego „Olek” – wyjaśnia A. Rybak. – Z treści wynika, że mama go nie chciała, albo się posprzeczali, dlatego on to dla niej napisał – przypuszcza moja rozmówczyni. – Wiem, że w Żabinku chwalili bardzo ojca, że zawsze miał dla dzieci cukierki albo dropsy i często tak nagradzał – mówi pani Rybak.
Jeszcze w latach 60. pani Aldona bywała z mamą w Żabinku, czasem Jadwiga Kujath jechała tam sama. Mówiła potem do córki: „Jak tego ojca wychwalają wszędzie, jak mnie widzą, wołają – pani Kujathowa przyjechała!” –Widać był lubianym człowiekiem – uważa dziś Aldona Rybarczyk. – Jedna osoba opowiedziała nam kiedyś, co na wsi mówią, że w jakimś miesiącu widzą ojca, że popłoch się zrobił, bo pan Kujath się pojawił, a to oczyma duszy pewnie widzieli…

 

Fotografie archiwalne pochodzą z  Izby Muzealnej w Mosinie, gdzie przekazane zostały przez panią Aldonę Rybak.

 

 

OKRESY:

II wojna światowa

Komentarze
Treść komentarza:
Podpis:
Dodaj komentarz
Wyszukiwarka
Rozstrzelani na rynku z Mosinie
Rozstrzelani na rynku z Mosinie
Partnerzy
Bitwa nad Bzurą
Bitwa nad Bzurą