Jak w Mosinie ze śmieciami walczono

 

JACEK SZESZUŁA

Zawsze był to problem. Gdzie to składować? Pół biedy z opakowaniami papierowymi i drewnianymi, które dominowały w okresie międzywojennym i zaraz po II wojnie. „Pochłaniały” je z reguły kuchnie domowe w piecach zwanych „angielkami”. Dymy z kominów snuły się nad zabudowaniami miasteczka. Kto na to zwracał uwagę? Była to tzw. normalka. Szczątki organiczne typu obierzyny, odpadki warzyw – trafiały na przydomowe kompostowniki. Stamtąd po przegniciu, zakopywane je ogródkach. Ogródki były podręcznym źródłem warzyw i innej „zieleniny”, potrzebnej do nagotowania zupy, zwanej po poznańsku repetą albo eintopfem.

Problem zaczynał się z odpadami typu: gruz, beton, papa z pokryć dachowych, śmieci bytowe czy nieczystości stałe i płynne. Te ostatnie były z reguły wywożone przez mosińskich gospodarzy a później przez odpowiednią służbę magistracką w tzw. „kufie” na okoliczne pola. Pozostałe śmieci trafiały do starych zakoli kanału, pozostałych po jego regulacji.

Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że każdy właściciel kamienicy czy domu musiał dbać o porządek przed swoją posesją, utrzymywać w czystości korytarz, klatkę schodową, przylegające do domu podwórze oraz zapewnić lokatorom określony standard życia. Tego wymagały uchwalone przez Radę Miejską po konsultacjach w 1939 r. przepisy porządkowe, które obowiązywały także po II wojnie .

Mosińskie ulice inaczej wyglądały wówczas niż w dniu dzisiejszym. Wszystkie wylotowe, jak i niektóre miejskie były brukowane. Były to tzw. „kocie łby”. Pozostałe były piaszczyste i nieutwardzone. Niektóre jak szosa do Poznania czy do Kórnika, miały nawierzchnię szutrową. Rzadko pojawiały się na ulicach pojazdy samochodowe. Podstawowym środkiem transportowym były zaprzęgi konne z wozami na tzw. sztywnych kołach, robiące podczas jazdy dużo hałasu. Nieliczni dysponowali wozami na kołach gumowych. Można sobie wyobrazić, jak wyglądały ulice po przejściu zaprzęgów konnych … Trzeba było posprzątać po koniach.

Wraz z moimi braćmi sprzątaliśmy chodnik i ulice przed posesją naszego dziadka Stasia, rynek 8. Był to swoisty ceremoniał. W każdą sobotę lub przed świętami najpierw polewaczką ogrodową tj. kanką, trzeba było zrosić chodnik i jezdnię do połowy – aby się nie kurzyło. Następnie przy pomocy brzozowych mioteł, (najlepsze wyrabiał p. Skrzypczak z rynku pod nr 6) zamiataliśmy tymi „piórami” śmieci z chodnika i od połowy jezdni do rynsztoka. Podgarnialiśmy na kupki, które następnie wynosiliśmy do śmietnika w podwórzu. Podobnie czynili to inni mieszkańcy domów w rynku i na sąsiednich ulicach. Wszyscy sprzątali. A zimą ? Trzeba było po każdych opadach śniegu uprzątnąć chodnik. Podobnie było podczas roztopów śniegu. Miał być porządek. Trzeba też przyznać, że ówcześni milicjanci mosińscy zwracali baczną uwagę na czystość i porządek przed domami.

A po targowisku? Wcześnie rano we wtorki i piątki, na obecnej części płyty parkingu i „pod lipkami”, pracownicy porządkowi magistratu rozkładali na tzw. koziołkach zmagazynowane na posesji pod nr 9 drewniane zbite z desek blaty, które służyły handlującym jako stoły. Na rynku odbywał się targ, tzw. „święto dyszla” – nazwa związana jest z ilością podwód konnych, zajmujących cały rynek. Od strony „szwalni” handlujący wystawiali: mleko, śmietanę, sery, masło, nabiał, a na rynku (obecny parking) płody rolne, warzywa, prosiaki, świnie, króliki, drób. Pomiędzy handlującymi uwijał się utykający Jan Borchard z nieodłączną torbą, pobierający opłaty targowe. Rodzynkiem wśród zwierząt był osiołek p. Wojciechowskiego z Tylnej, którym się wszyscy interesowali. Około południa targ się kończył i pozostawało po nim pobojowisko śmieciowe. Do akcji porządkowej wkraczała magistracka ekipa porządkowa Teodora Kasprzyka: Anielka Stawna, Antoni Siekierczak, Michał Burchard, Stanisław Choryński, Henryk Gauter (przedwojenny Niemiec, który nie wyjechał po 1945 r.). To oni, prekursorzy dzisiejszego Zakładu Usług Komunalnych, nie mając nic innego jak miotły brzozowe, szufle i taczki oraz platformę konną, którą powoził T. Kasprzyk, porządkowali rynek, jak i miejskie ulice. Cały ich sprzęt do sprzątania, jak i stajnia dla koni znajdował się na podwórzu magistrackim z wjazdem od ul. Poznańskiej, wówczas Armii Czerwonej.

Wzrastająca liczba mieszkańców miasta, rozwój budownictwa, zakładów pracy, rzemiosła, potrzeby remontowe, rosnące nowe zadania, nowe urządzenia techniczne – wymuszały ciągłe zmiany. Odeszli od nas pierwsi miejscy sprzątacze … W funkcjonowaniu miasta nie mogło być pustki. Konieczność spowodowała powołanie zakładu z właściwym zapleczem, który zajął ich miejsce. I tak na bazie ówczesnego zakładu oczyszczania miasta od 1 stycznia1966 r. działał Miejski Zakład Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej, który od marca 1971 r. mieścił się na Budzyniu. Zakład ten został przekształcony w 1974 r. w Powiatowe Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej z siedzibą w Swarzędzu. Za rok, podobne powiatowe przedsiębiorstwa zostały połączone w Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej z siedzibą w Poznaniu. Od 1 stycznia 1976 r. został wyodrębniony z tego Oddział w Mosinie z rejonami działania :Mosina, Puszczykowo, Luboń, Stęszew Dopiewo, Komorniki. Następne przekształcenie zostało dokonane z dniem 1 kwietnia1982 r. kiedy powołano do życia Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej w Mosinie, podporządkowane UM i G w Mosinie. A stąd, to już tylko maleńki krok do obecnego ZUK w Mosinie, z jego nieporównywalnym do tego z lat 50 sprzętem, zadaniami i nową bazą przy ul. Sowinieckiej w Mosinie… Trzeba też zauważyć, że przez ten czas zakładem kierowali m.in. Teodor Kasprzyk, Wiktor Adamkiewicz, Franciszek Hachuła, Jan Piecek, Andrzej Okpisz i obecnie Andrzej Strażyński.

Komentarze
Treść komentarza:
Podpis:
Dodaj komentarz
Wyszukiwarka
Konkurs - 100-lecie GBS
Konkurs - 100-lecie GBS
Partnerzy
Bitwa nad Bzurą
Bitwa nad Bzurą