Był taki stan

JOANNA NOWACZYK

13 grudnia przypada 35 rocznica ogłoszenia stanu wojennego w Polsce. Dramatyczne wydarzenia tamtego czasu nie ominęły Mosiny. Choć wydawałoby się, że tu, na prowincji, miały mniej burzliwy przebieg, to jednak nie pozostały bez wpływu na ludzkie losy.

zamach

Lucyna Jakś pracuje w mosińskiej bibliotece. Z racji na wykonywany zawód, często rozmawia
z ludźmi. Kiedyś wysłuchała opowiadania jednej z czytelniczek, która w niedzielny poranek 13 grudnia 1981 r. wracała z Poznania do domu w Mosinie, nieświadoma zmienionej rzeczywistości. A na obrzeżu Mosiny żołnierze drepczący przy koksownikach, bo był przecież silny mróz.

Pani Lucyna miała wtedy 14 lat. – Chodziłam do 8 klasy podstawówki. Byłam jeszcze dużym dzieckiem – wspomina. – Pamiętam, jak rankiem tego dnia włączyliśmy telewizor i nie było niedzielnego programu dla dzieci – „Teleranka”. Nie było muzyki w radio, po prostu cisza… 

 

13 grudnia1981r., na mocy uchwały Rady Państwa,na terenie Polski wprowadzono stan wojenny. Uchwała podjęta została na polecenie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Na czele WRON stanął gen. Wojciech Jaruzelski – I sekretarz KC PZPR.

Wojskowy przewrót rozpoczął się w nocy z soboty na niedzielę, jeszcze przed północą. Zablokowano cywilne połączenia telefoniczne, a o północy Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej rozpoczęły akcję aresztowań działaczy opozycyjnych. W niedzielny poranek na ulicach miast pojawiły się czołgi i wojskowe patrole. Polacy wysłuchali przemówienia gen. Jaruzelskiego, a wydrukowane w ZSRR obwieszczenie, poinformowało ich o licznych ograniczeniach. Tego dnia na terenie całego kraju pojawiło się 70 tys. żołnierzy, 30 tys. funkcjonariuszy MSW.Na ulice miast wyjechało 1750 czołgów, 1400 pojazdów opancerzonych, 500 wozów bojowych piechoty, 9000 samochodów, kilka eskadr helikopterów i samoloty transportowe. 25% wszystkich sił skoncentrowano w Warszawie i jej okolicach, ale wojsko pojawiło się także w Mosinie.

 

czołg

To było w pierwszych dniach stanu wojennego, około południa. Dwukierunkową wówczas ulicą Poznańską (wtedy Armii Czerwonej), potem przez rynek w Mosinie, jechały czołgi. Czy była to demonstracja siły? Chyba nie, bo w tym małym miasteczku panował względny spokój – również w Zakładzie nr 5 Swarzędzkich Fabryk Mebli, jedynym dużym zakładzie w Mosinie. Był to zakład, który dobrze płacił pracownikom, a jeszcze każdy z nich mógł sobie kupić meble. Prawdopodobnie pojazdy nadjechały z Jezior, gdzie od 13 grudnia zlokalizowano punkt koncentracji czołgów i BTR-ów (kołowy transporter opancerzony) dla osłony Poznania. Jechały w kierunku jednostki wojskowej w Śremie, musiały więc przejechać przez rynek, by przekroczyć Kanał Mosiński jedynym wówczas w tym rejonie mostem na ul. Niezłomnych.
Jeden z czołgów, z niewiadomych przyczyn skręcił w ulicę Słowackiego i …wjechał w dom pod numerem „16”. Zdarzenie to opisuje Bogumiła Szymańska. Zrujnowany przez czołg budynek należał do jej rodziny. Mieszkała w nim jej mama i siostra. – To był niski dom, a w bramie przy piekarni stał maluch – opowiada. Czołg podczas manewru mijania zarzuciło i zahaczył dom lufą. – Rozwalił prawie wszystko – wspomina B. Szymańska. – Czołgista, młody chłopak, jak zobaczył, co zrobił, to płakał…Siostra pani Bogumiły pracowała w Poznaniu. – Poszłyśmy z mamą na milicję, że niech dadzą „bumażkę” jakąś, że musimy się dostać do Poznania, po siostrę. Kazali mi napisać pismo, że ten dom… miał wypadek.

Uszkodzony budynek został zabezpieczony przed zawaleniem przez zakład gospodarki komunalnej. Potem, mimo ciężkiego mrozu – odbudowany. Na szczęście w podwórzu było jakieś mieszkanie, gdzie domownicy mogli przemieszkać.

Historia o czołgu, który wjechał w dom, opowiadana jest dziś jako lekka anegdota. Jednak dla jego mieszkańców było to traumatyczne przeżycie. Pani Bogumiła pamięta, że wtedy w domu spała prawnuczka jej mamy. Kotara wisząca w oknie zatrzymała cegły. –Żeby nie ta kotara, dziecko by zabili. Czołg zasłonił całe okno, a ona tylko krzyczała: „Babciu, czy to jest noc? Na dworze jest bardzo ciemno...”.

 

donosy, szykany…

W pierwszych miesiącach stanu wojennego, obowiązywała godzina milicyjna z zakazem poruszania się bez specjalnej przepustki od 22 do 6. Zawieszono naukę w szkołach, a w setkach przedsiębiorstw
 i instytucji władzę objęli komisarze wojskowi. Podobnie w Mosinie, gdzie w budynku urzędu już od jesieni rezydowali przedstawiciele Terenowych Grup Operacyjnych. Mirosława Jungermann pracowała wtedy w mosińskim magistracie. – Pamiętam ten strach, w tamtą niedzielę, co to będzie, jak przyjdziemy w poniedziałek do pracy – wspomina dzień 13 grudnia.Naczelnikiem Urzędu Miasta i Gminy był wówczas Kazimierz Straśko (po nim Jerzy Szyło). W jego gabinecie właśnie stacjonowali „wojskowi”. Z tamtego czasu pani Mirosławie utkwiło w pamięci donosicielstwo. – Widziałam – relacjonuje – jak biorą te swoje kajety, notesy i jeżdżą po wsiach zbierać donosy. Po urzędzie nie chodzili, ale przyjmowali „interesantów”. W wyniku takich donosów, jak sobie przypomina, dwóch urzędników straciło pracę.

Tadeusz, mąż Mirosławy, był wiceprzewodniczącym „Solidarności” w zakładach SFM. – Baliśmy się rewizji, baliśmy się wszystkiego – wspominają oboje. Nikt ze związkowych działaczy nie został jednak internowany. Potwierdzają to archiwalne akta SB, z których wynika, że w SFM poza zakładem w Swarzędzu i w Poznaniu, w okresie od września 1980 do grudnia 1981, nie było większych akcji protestacyjnych. Jedynie w styczniu 1983 r. odnotowano założenie sprawy operacyjnej pod kryptonimem „Łożyska”, w związku z awarią urządzenia do produkcji szuflad w Mosinie. W stanie wojennym państwo Jungermann przeżyli w domu rewizję. –Szukali po szafach kleju, czy mąż nie wynosił z zakładu – wspomina te przykre chwile pani Mirosława. Była to często stosowana wówczas forma szykan.

 

bilet w jedną stronę

Paweł Kaczmarek mieszkał w Mosinie przy ul. Dworcowej – wtedy Nowotki. Stąd codziennie dojeżdżał do pracy w Poznaniu. Pracował na poznańskim Dworcu Głównym na stanowisku dyżurnego ruchu. Był też aktywnym działaczem NSZZ „Solidarność” przy PKP Poznań – Węzeł. Właściwie to on utworzył tam związek od podstaw. W gablocie Komisji Zakładowej „Solidarności” na poznańskim Dworcu Głównym wywieszał informacje o wydarzeniach społeczno-politycznych w kraju. Była to swoista gazetka ścienna. Dzięki niej bieżąca informacja docierała nie tylko do przypadkowo przechodzących. Wielu podróżnych,
w dużym stopniu dojeżdżających do pracy w Poznaniu, specjalnie odwiedzało gablotę, by się czegoś dowiedzieć. A Polacy podróżowali wtedy niemal wyłącznie pociągami.

Po koniec czerwca 1981 r., Paweł Kaczmarek był inicjatorem pokazania na dworcu wystawy katyńskiej – zdjęć z ekshumacji pomordowanych w Katyniu, a także publicznej zbiórki pieniędzy na budowę pomnika upamiętniającego ofiary Czerwca 56 r., następnie na pomnik ofiar katyńskich. Dlatego znalazł się na celowniku władzy i w konsekwencji – na liście do internowania. 

W niedzielę 13 grudnia został obudzony przez dozorcę. Mieszkał w bloku, na parterze. – Zastukał w okno, bo odgarniał śnieg i mówi: „Tylko wstawaj i uciekaj.” – opowiada Paweł Kaczmarek. – Ja mówię: „Co się stało?” „Wojna, wojna”. To się szybko ubrałem, wziąłem teczkę ze wszystkimi papierami i pojechałem „Osową Górą” na Dworzec Główny, peron 2.

Potem P. Kaczmarek wyruszył pieszo na rekonesans sytuacji w Poznaniu. Do domu wrócił po dwóch dniach, 15 grudnia. – Nie zdążyłem się rozebrać. Ktoś dzwoni do drzwi i wchodzi czterech drabów. Oni mówią, że mam się ubierać i wychodzimy. Ja na to: „Chwileczkę, najpierw się muszę rozebrać, żeby się ubrać” – było minus 20 stopni, więc podwójnie się ubrałem i wywieźli…

W granicach obecnej Wielkopolski zorganizowano 4 ośrodki odosobnienia, a największy –
w Gębarzewie pod Gnieznem. Znajdował się tam założony w 1978 r., działający do dziś zakład karny. Przez to więzienie od grudnia 81. do sierpnia 82, przeszło ok. 250 działaczy opozycji. Jednym z nich był Paweł Kaczmarek. – Kazali się rozebrać, ubranie położyć w kostkę, na korytarzu i do celi – wspomina tamte traumatyczne chwile.

W celi spędził blisko 7 miesięcy. Zwolniony z internowania, nie wrócił już do swojej pracy na Dworcu Głównym w Poznaniu. Zdegradowany, przeniesiony do pracy w Mosinie, szykanowany zakazami swobodnego poruszania się, w marcu 1983 r. zdecydował się na opuszczenie kraju.

W 1982 r. SB rozpoczęła akcję namawiania internowanych do emigracji, proponując prawo do jednokrotnego przekroczenia granicy PRL, by pozbyć się „elementu wichrzycielskiego”. Według Systemu Ewidencji Ruchu Paszportowego prowadzonego w MSW do 25 listopada 1983 r. kraj opuściło 770 internowanych wraz z rodzinami. Paweł Kaczmarek wyjechał do Belgii, ale początki emigracji nie była wcale łatwe. W Belgii mieszka do dzisiaj.

 

 

 

wolność słowa za więzienie

Piotr Sobierajewicz w stanie wojennym był mieszkańcem Mosiny i studiował na Politechnice Poznańskiej. Znalazł się w 27-osobowej grupie studentów oskarżonych o: „przynależność do związku opartego na nielegalnych strukturach Niezależnego Zrzeszenia Studentów Politechniki Poznańskiej i że w ramach działalności w tym związku kierowali grupami osób zajmujących się drukiem i kolportażem pism zawierających fałszywe wiadomości dotyczące aktualnej sytuacji w Polsce.” Został aresztowany 9 września 1982 r. Największy proces polityczny w Poznaniu od czasów Procesów Poznańskich 1956 r. toczył się od 5 lipca 1982 r. do 9 maja 1983 r. przed Sądem Wojsk Lotniczych. Większość z tej grupy, wyrokiem sądu została skazana na karę więzienia do 2 lat.

Piotr Sobierajewicz oskarżony został o to, że w okresie od grudnia 1981 do września 1982 należał do Akademickiego Ruchu Oporu i wraz z innymi osobami drukował i kolportował nielegalne pismo „Poznański Tygodnik Wojenny” i szereg innych ulotek oraz pism „zawierających fałszywe wiadomości, mogące wywołać niepokój publiczny i rozruchy” [źródło: ww.13grudnia81.pl] Za te „czyny” Sąd Wojsk Lotniczych wyrokiem z dnia 9 maja 1983 r. skazał go na 1 rok pozbawienia wolności. W więzieniu, łącznie z aresztem, spędził prawie cały rok. Kilka ostatnich dni „darowano” mu postanowieniem z 29 sierpnia 1983 r. na podstawie przepisów o amnestii, bo wcześniej, 22 lipca, stan wojenny został zniesiony. 

 

mniejsze zło?

Przedstawione historie wpisują się w dramatyczny bilans stanu wojennego, w którego czasie w 49 ośrodkach na terenie całego kraju internowano ok. 10 tys. działaczy „Solidarności” i związanych z nią intelektualistów. Dalszym 4 tys. osobom przedstawiono zarzuty prokuratorskie i osądzono, zwykle na kary więzienia. Najwyższy wymiar wyniósł 10 lat. Najtragiczniejsze karty tej historii to ofiary śmiertelne – 56 osób.
 

Propaganda głównych reżyserów stanu wojennego stworzyła na jego obronę teorię „mniejszego zła” w obliczu groźby obcej interwencji. Teoria ta do dziś funkcjonuje w świadomości wielu Polaków, jednak w świetle najnowszych badań historycznych nie bardzo może się obronić. Odtajnione archiwa Biura Politycznego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, zwłaszcza stenogramy Komisji Susłowa (specjalna komisja KPZR do oceny sytuacji w Polsce po sierpniu’80) z rozmów z kierownictwem PRL świadczą, że nie było groźby sowieckiej interwencji, mimo że jak wynika z tych rozmów, usilnie zabiegał
o nią sam generał Jaruzelski. Stan wojenny był więc radykalnym rozwiązaniem w celu utrzymania władzy przez ówczesny PZPR-owski układ, tym bardziej, że jego scenariusz powstał dużo wcześniej, zaraz po porozumieniach sierpniowych 80’.

16 marca 2011 r., Trybunał Konstytucyjny orzekł, że dekret o stanie wojennym oraz dekret
 o postępowaniach szczególnych w sprawach o przestępstwa i wykroczenia z 1981 r. złamały Konstytucję.
W opinii wielu historyków, stan wojenny był to zamach stanu.

 

 

 

 

 

 

Wyszukiwarka
Mosina w 90-lecie Powstania
Mosina w 90-lecie Powstania
Partnerzy
1 DPanc. gen. Maczka
1 DPanc. gen. Maczka